Telefon od jedego z moich stałych klientów.

M: „Mam tyle zleceń, że nie wyrabiam. Koniecznie potrzebuję część prac zlecić podwykonawcy. Nawet wiem, kto mógłby się tymi pracami zająć, bo jeden z moich dawnych współpracowników otwiera własną firmę, więc na początek mógłbym mu podzlecać część robót. Tylko nie wiem ilę mogę mu zaproponować, żeby nie dołożyć do tego interesu…”

 

 Po krótkiej burzy mózgów doszliśmy do wniosku, że M. powinien:

– z kwoty brutto wyrzucić vat, bo to już nie jego pieniądze. Nie odzyska większości z nich, bo jego podwykonawca, przynajmniej przez jakiś czas nie będzie vatowcem, a od opłat urzędowych, które stanowią znaczną część jego kosztów również nie nalicza się vatu.

– Odjąć udokumentowane koszty zmienne, czyli koszty związane z tym, konkretnym zleceniem.

– Obliczyć ile kosztuje jego czas poświęcony na obsługę tego zlecenia – i również odjąć go od kwoty otrzymanej od klienta.

I gdy odjęliśmy koszt poświęconego czasu M. stwierdził, że właściwie nie ma już czym się dzielić, bo nikt za taką kwotę nie zrobi mu reszty roboty. 

W kosztach związanych z tym zleceniem M. powinien jeszcze uwzględnić podatek dochodowy. I zobaczyć, czy kwota, która zostaje wystarczy, żeby zapłacić podwykonawcy i czy może zarobić na tym, że daje fuchę koledze – bo to ostatecznie jego klient, który przyszedł do jego biura (które też darmowe nie jest, więc trzeba zarobić też na utrzymanie punktu) – a na dodatek firmuje tą robotę i prawnie odpowiaa za jej jakość.

W sytuacji, gdy zleceń jest tak dużo, trzeba sobie zadać pytanie „dlaczego”. Czy jest to efekt świetnej koniunktury, czy jesteś tak dobry czy może taki… tani? Bo może warto trochę podnieść ceny, mieć mniej zleceń, więcej czasu a zarabiać przynajmniej tyle samo. (W branży, w której pracuje M. reguła „wysoka cena=wysoka jakość” jest nieco osłabiona, bo jakość podlega urzędowej kontroli i ścisłym normom).

A może jeszcze coś powinniśmy uwzględnić? Podpowiedz nam, będzie to niezwykle pomocne przy analizie bardziej zyskownych projektów.